Marcin Malec: linkedinowy wymiatacz
Poprawianie kogoś, kto z taką lekkością wymiata w jakiejś dziedzinie, to proszenie się o gips, kule i OIOM w jednym.
A Marcin Malec to człowiek, który ogarnia LinkedIna na mistrzowskim wręcz poziomie.
Wystarczy zerknąć na liczbę jego obserwujących, reakcji pod postami czy komentarzy.
Więc raczej nie potrzebuje moich rad.
Po co pomagać konkurencji?
Co gorsza, nie dość, że Marcin wymiata na LinkedIn, to jeszcze działamy w podobnych obszarach.
LinkedIn, storytelling, pisanie bajek dla dzieci to rzeczy, którymi konkurujemy o uwagę klientów.
Jedyna różnica między nami leży w stawkach i stażu pracy.
Choć zaczynałem przygodę z copywritingiem, kiedy Marcin chodził jeszcze do podstawówki, to moje stawki drastycznie różnią się od jego propozycji
(cóż, zawsze ceniłem się niżej niż nisko).
Drobiazg, który zrobi Marcinowi różnicę
Dlatego szukając pomysłu na ulepszeniu jego postów, skupiłem się na czymś, czego z pewnością się nie spodziewa.
Na czymś, co przyniesie mu długofalowe korzyści.
Tobie również, jeśli nadajecie z Marcinem na tych samych falach.
Co odróżnia posty Marcina Malca od innych?
To, że w swoich treściach wpuszcza ludzi do swojego świata, ale robi to o wiele radykalniej niż inni.
Nie boi się mówić o rzeczach wręcz intymnych, zarezerwowanych zwykle do wąskiej grupy odbiorców.
Często opowiada o swojej rodzinie i sprawach, którymi ludzie tacy jak ja nie mieliby odwagi podzielić się na forum publicznym.
Pierwsza brutalna prawda
Jeśli więc zamierzasz powtórzyć sukces Marcina, publikując podobne treści, muszę cię ostrzec.
Ludzie mają gdzieś twoją historię.
Ludzie nie chcą czytać o tym, co ci się przydarzyło.
Chyba, że twoja historia będzie… o nich.
Trudne, prawda?
3 zdania do zapamiętania
Dlatego pisząc cokolwiek, miej z tyłu głowy 3 zdania, których żaden czytelnik nigdy nie powie ci na głos.
To 3 największe marzenia każdego internauty:
1) Mów do mnie wreszcie
2) Mów o mnie jeszcze
3) Skup na mnie żeż się
Druga brutalna prawda
Jeśli chcesz pisać tak jak Marcin, muszę dać ci jeszcze jedno ostrzeżenie.
LinkedIn zdecydowanie nie jest serwisem dla wrażliwych ludzi.
Tutaj musisz się liczyć z tym, że ktoś publicznie zrypie ci opinię.
Tutaj wystawiając się na strzał, ryzykujesz (co najmniej) zranienie.
Albo na kilkudniową bezsenność.
Na szczęście istnieje prosty sposób na to, żeby otwierać się przed innymi, nie dostając przy tym po głowie od publiczności.
Ale o tym powiem na końcu.
Co zrobiłbym, gdybym musiał chwilowo zastąpić Marcina Malca na LinkedIn?
Na pewno stale pamiętałbym o tych trzech zdaniach:
1) Mów do mnie wreszcie
2) Mów o mnie jeszcze
3) Skup na mnie żeż się
Plus o najważniejszym, które pojawi się za moment.
Mów do mnie wreszcie
Zacznijmy więc od początku.
Jest taka fraza, która sprawia, że każdy użytkownik LinkedIna albo czytelnik newslettera od razu bacznie nadstawia uszu (i oczu).
Fraza stara, sprana i w nieskończoność wykorzystywana.
Ale nadal działająca.
Brzmi ona:
Wyobraź sobie…
Zacznij w ten sposób swój post, nawet jeśli będzie on ekstremalnie intymny, a czytelnik z lubością połknie haczyk.
Poczuje, że to jego własna historia.
Mów o mnie jeszcze
Co dalej?
Dalej musisz wybrać odpowiednią osobę i czas.
Najbardziej wciągającą formą narracji będzie trzecia osoba liczby pojedynczej i czas teraźniejszy.
Takie połączenie pobudza krążenie.
Sprawia, że czytelnik czuje, że historia dzieje się tu i teraz.
I że jest o nim (nawet jeśli wcale nie jest).
No to lećmy z przykładem:
Wyobraź sobie, że jest czwarta rano.
Leżysz w łóżku ze swoją żoną, która jest w ostatnim miesiącu ciąży. Gładzisz dłonią księżycową powierzchnię jej napiętego brzucha.
Nagle twoje palce zatrzymują się na jakiejś anomalii.
Okazuje się, że wasze dziecko rozprostowało nogę i oparło ją o ścianę swojego tymczasowego mieszkanka. To dlatego pod opuszkami palców wyczuwasz stopę maluszka.
Choć nie masz pojęcia, jak wygląda twój potomek, oczyma wyobraźni widzisz, jak kopie piłkę. Może to drugi Maradona, Lewandowski, Messi albo Ronaldo?
A jeśli będzie wolał siatkówkę albo robienie na drutach?
Skup na mnie żeż się
Uważaj!
Czytelnik zauważył, że zaczynasz odjeżdżać w dygresje i że przestajesz się na nim skupiać.
Wróć więc na właściwe tory:
Nie wiesz jednak jednej rzeczy…
Nie wiesz, że po drugiej stronie brzucha pewien mały człowiek również nie może spać.
Wierci się, przekręca z boku na bok, myśląc sobie tak:
Pewnie jest czwarta rano. Mama jeszcze śpi.
To idealny moment, żeby znaleźć słaby punkt tego więzienia.
Spróbuję stąd prysnąć. Muszę tylko wyprostować nogę…
Nie daj mi zjeść cię
A jeśli już odsłonisz przed czytelnikiem swoje najmiększe podbrzusze, koniecznie zabezpiecz tyły.
Zastosuj autoironię.
Ona wytrąci broń z ręki przeciwnika.
Wróćmy zatem do naszej historii:
Ooo… a cóż to?
Czyżby mój tata, który nie wiadomo jak wygląda, też nie mógł spać o czwartej nad ranem, dlatego szoruje ręką po moim suficie, snując przy tym wizje mojej przyszłości?
A jeśli prawda jest inna?
Jeśli tak naprawdę zastanawia się nad tym, co by tu dziś napisać na LinkedInie, żeby wygenerować nowy rekord wyświetleń?
Autoironia: szczepionka na hejterów
To właśnie moja jedyna rada dla Marcina.
Dla wyjątkowo utalentowanego i wrażliwego człowieka.
I dla Ciebie, jeśli na myśl o publikowaniu swoich myśli nadal dostajesz skurczów żołądka.
Sięgnij po autoironię.
Nie daj nikomu zjeść cię.
Jest tylko jeden problem
Obawiam się, że Marcin zastosuje się do mojej rady.
A wtedy odskoczy mi tak, że już nigdy go nie dogonię…
Zobacz najlepsze wydania mojego biuletynu:
Mam lepszy pomysł na posty Luizy Szymanek
Mam lepszy pomysł na posty Karola Bączkowskiego
Ile kosztuje prowadzenie biuletynu na LinkedIn? I dlaczego tak niewiele?
Chcesz, żebym rzucił fachowym okiem na treści, które publikujesz?
Kliknij tutaj (bez żadnych zobowiązań)
Skoro tu jesteś, zobacz pomysły na:
3. koncepcję i nazwę portalu randkowego
4. posty i działalność Weroniki Maś
6. biuletyn Michała Kanarkiewicza
8. błyskotliwą nazwę dla twojej domeny
9. newsletter Marka Jankowskiego (Mała Wielka Firma)
10. newsletter portalu Krzysztofa Stanowskiego
13. posty FB dla firmy produkcyjnej