Kim jest Szymon Negacz?
To na LinkedIn wie każdy, kto działa tu dłużej niż tydzień. A jeśli jeszcze nie wie, to szybko się dowie.
Dlatego od razu przejdę do rzeczy.
Co jest najciekawsze na LinkedIn?
Pewnie wielu zaskoczę, ale najciekawsze wcale nie są tutaj posty i komentarze.
Ciekawsze od tego, co ludzie publikują, jest to, czego tam nie umieszczają.
A czego nie umieszczają?
Zasada jest prosta:
im więcej masz do stracenia, tym ostrożniej będziesz stawiał na LinkedIn swoje kroki i tym uważniej wypowiadał każde słowo.
Widzę to nie tylko u dużych twórców, ale i u zwykłych użytkowników. Mało kto naprawdę szczerze pisze, co myśli o swojej pracy, klientach czy innych użytkownikach.
Każdy chucha i dmucha na swoją reputację i budowaną przez siebie aurę.
W tym kontekście intrygujące jest to, co wydarzyło się dosłownie parę dni temu.
Zdaniem wielu, Książulo
jednym ruchem zniszczył reputację budowaną latami.
Swoją drogą, aż dziwne, że nikt nie mówi o tym, że nawiązał współpracę z firmą, o której franczyzobiorcy wypowiadają się w taki sposób.
Ale to nie jest artykuł o Żabce.
Przypadek Książula sprawił bowiem coś innego.
Zacząłem się zastanawiać nad tym, ile potrzeba, żeby zniszczyć coś, czego nie będzie się dało potem odbudować.
I doszedłem do wniosku, że każdy na LinkedIn ma jedno takie zdanie, które wystarczy wkleić do posta, żeby popełnić zawodowe samobójstwo.
Albo przynajmniej zostać ciężko rannym.
Zdanie, które kończy karierę albo nadgryza reputację
Dla każdego człowieka to zdanie będzie brzmiało inaczej.
Żadna z poniższych osób nigdy nie powie poniższego zdania, bo zdanie to zaprzeczyłoby wszystkiemu, co ta osoba robi i w co wierzy.
Maciej Kawecki nie powie, że „Polscy naukowcy to lenie i nieuki żyjące od grantu do grantu”.
Karol Bączkowski nie napisze, że „Każda ofiara wypadku jest sama sobie winna”.
Tomasz Karwatka nie opublikuje posta zaczynającego się od słów: „Najlepszą drogą dla polskich startupów jest skupienie się wyłącznie na rynku lokalnym”.
A Wojciech Kardyś (jego przykład usunąłem, bo był zbyt przegięty).
Jak znaleźć takie zdanie?
Wystarczy poszukać czegoś, w co zupełnie się nie wierzy.
W moim przypadku byłoby to na przykład:
„Generowanie tekstów za pomocą AI to najlepsze, co mogło się przytrafić ludzkości”.
Dlaczego o tym piszę?
Bo uważam, że warto znaleźć takie graniczne zdanie, pod którym nigdy byśmy się nie podpisali.
I publikując cokolwiek albo podejmując biznesową decyzję, za każdym razem porównywać to ze swoim antywzorcem.
Zwróćcie uwagę, że każda firma (lub marka osobista) doskonale wie, co chce robić. Ma swoje misje, wizje i wartości.
Ale chyba nie każda ma świadomość tego, czego na pewno nie chce robić i na jakie kompromisy nigdy nie pójdzie.
Żadna nie publikuje na swoich stronach antymisji, antywizji i antywartości.
Choć oczywiście zdarzają się marki, które przyznają, kto jest ich największym wrogiem, pozycjonując się tym samym w umysłach swoich klientów.
Dlaczego warto stworzyć swój antywzorzec?
Bo, patrząc np. na przypadek Książula, w miarę upływu czasu takich pokus zejścia z bezpiecznego szlaku będzie tylko przybywać:
- nowe propozycje biznesowe,
- nowe współprace,
- nowe okazje nie do odrzucenia itp.
Dzięki temu, publikując na LinkedIn, można za każdym razem sprawdzić, jak daleko od tego zdania, od naszego antywzorca znajduje się treść naszego posta.
I w razie czego korygować kurs.
Patrząc na ludzkie życiorysy,
wyraźnie widać, że tym, co doprowadzało do katastrof nie było wcale nieosiągnięcie wzniosłego celu, misji czy wizji.
Nikt nie stoczył się na dno, bo nie udało mu się zdobyć olimpijskiego złota, zbudować jednorożca czy poślubić miss świata.
Wręcz przeciwnie.
Wydaje mi się, że powodem upadku jest raczej zbyt duże przybliżenie się do antywzorca niż oddalenie się od jego pozytywnego przeciwieństwa.
- Pierwsze spróbowanie narkotyku,
- pierwsza współpraca z kimś z pogranicza,
- pierwsza decyzja pt. „robię to w drodze wyjątku”.
Jednym słowem, przekroczenie granicy, która do tej pory była nieprzekraczalna.
To właśnie te małe kompromisowe decyzje najskuteczniej kruszą beton, na którym postawiliśmy budynek naszej życiowej reputacji.
Tak działa ten zgniły kompromis.
Mam wrażenie,
że Szymon Negacz działa tak, jakby posiadał w domu taki antyszablon wartości i używał go za każdym razem, kiedy publikuje dowolny materiał w dowolnym medium.
Efekty tego są aż nadto widoczne.
Wiedząc, że LinkedIn to beczka suchego prochu i że (jak każdy z nas) ma jakichś wrogów, porusza się po tym serwisie z ogromną pewnością każdego kroku.
Podejrzewam, że wielu chciałoby go złapać za jakieś dwuznaczne słówko, przyłapać na potknięciu, wywołać aferę.
Tym bardziej, że na LinkedIn stosy płoną zaskakująco często.
W jednej sekundzie można stracić tu reputację albo przynajmniej stać się negatywnym bohaterem legendy podawanej przez ludzi z ust do ust.
A Szymon Negacz nie dość, że zręcznie unika takich wpadek, to regularnie powiększa swoje linkedinowe imperium.
Tym bardziej godne podziwu jest w tym wszystkim to, że jest on jedną z tych osób, które mają naprawdę dużo do stracenia.
Co podoba mi się w postach Szymona Negacza?
Dwie rzeczy, które warto wdrożyć u siebie:
1) Streszczenie posta umieszczone w kwadratowych nawiasach, które pełni równocześnie rolę hooka.
Dzięki tym kilku słowom od razu wiadomo, o czym będzie dany post i czy jest sens go klikać. Nie widziałem tego u nikogo, a przecież rozwiązanie jest genialne w swej prostocie.
2) Przykłady z życia wzięte. Informacje zaczerpnięte z wnętrza prowadzonych przez niego firm, których nie wymyśli AI, ponieważ oparte są na realnym ludzkim, niepowtarzalnym doświadczeniu.
Czego nie lubię w jego postach?
Tego, że kiedy je czytam, w swojej głowie cały czas słyszę charakterystyczny głos ich autora.
Zupełnie jakbym oglądał film z lektorem.
Jaki mam pomysł na posty Szymona Negacza?
Pewnie zaskoczę stałych czytelników artykułów z serii „Mam Lepszy Pomysł”, ale moim zdaniem, Szymonowi Negaczowi żaden lepszy pomysł nie jest potrzebny.
To jeden z najbardziej poukładanych autorów, jakich śledzę w internecie.
Nie trzeba być copywriterem z 14-letnim stażem, żeby dostrzec, jak bardzo przemyślany jest jego każdy materiał.
Ale nie chodzi tylko o samą formę, konstrukcję wypowiedzi, ani o zdania, które są powiązane ze sobą, ani o myśli, które wypływają jedna z drugiej.
(choć już samo to robi wrażenie)
Autor najpierw daje odbiorcy jakąś obietnicę, a potem ją spełnia. Ten „nudny” drobiazg wyróżnia go na tle innych internetowych twórców.
Podsumowując, Szymon Negacz:
1) w przeciwieństwie do tysięcy użytkowników LinkedIna, dobrze wie, czego tu nie pisać
2) konstruuje każdą wypowiedź tak, żeby jedno zdanie prowadziło do drugiego, a nie gdzieś w krzaki
3) dowozi 100% obietnic zawartych na wstępie
4) jeśli chodzi o publikowanie contentu, działa z żelazną konsekwencją od lat, choć na początku nikt nie dał mu żadnej gwarancji powodzenia i przez długi czas efekty raczej mówiły mu, żeby dał sobie z tym spokój, niż „ciśnij, Szymon, ciśnij!”
Jak mawiają inżynierowie, jeśli coś działa, nie ruszaj tego.
Więc nie widzę powodów, żeby w postach Szymona Negacza czymkolwiek gmerać.
3 życzenia na koniec
Życzę Szymonowi Negaczowi dojścia do momentu, w którym obecność na LinkedIn będzie dla niego co najwyżej nieobowiązkową opcją.
Życzę nam wszystkim, żebyśmy nigdy nie musieli się zastanawiać, ile będzie kosztować nas każde zdanie wrzucone do internetu.
Żeby nasze życie było na tyle udane i szczęśliwe, by żadne media społecznościowe nie były nam do niczego potrzebne.
Żebyśmy mogli żyć z dala od tego wirtualnego świata, leżąc na hamaku rozpiętym między palmami wbitymi w tropikalną plażę i delektując się dobrą pizzą.
Dobrą, ręcznie robioną pizzą:)
🍕 PS
Szymon Negacz to wyjątkowo poukładany człowiek, przynajmniej takie sprawia wrażenie.
Na drugim końcu skali znajdują ludzie tacy jak ja.
Bo przecież nikt normalny nie zaproponowałby ludziom tak szaleńczo dobrej oferty w tak absurdalnie niedorzecznej cenie:
(Pod tym linkiem znajdziesz darmową próbkę rocznych warsztatów z LinkedIna, które prowadzę w trybie 1:1 drogą mailową.
Celowo nie podaję ich ceny.
Niech to będzie największa niespodzianka, jaką dziś przeżyjesz.)