Siadając do pisania tego artykułu,
chciałem znaleźć sposób na ulepszenie tego, co działa bezbłędnie od wielu lat.
Tymczasem odkryłem coś innego.
Zobaczyłem, jak wiele elementów metody Szubartowskiego stosuję zarówno w swojej pracy, jak i w edukacji domowej.
I jak świetnie to wszystko działa!
Kim jest prof. Szubartowski?
Źródła internetowe podają, że prof. Ryszard Szubartowski to wybitny polski nauczyciel informatyki i matematyki, profesor oświaty, wychowawca wielu mistrzów programowania i laureat m.in. Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski.
Od lat związany jest z III LO w Gdyni, gdzie stosuje swoją autorską metodę nauczania: metodę Szubartowskiego.
Czy jego metoda działa?
Efektywność metody potwierdzają sukcesy absolwentów tego liceum. W ciągu 25 lat uczniowie profesora zdobyli 126 medali na olimpiadach informatycznych, a wielu z nich stało się kluczowymi postaciami w firmach takich jak Open AI.
W czym edukacja domowa współgra z tą metodą?
Przyznam, że im dłużej czytałem o tym, w jaki sposób profesor uczy licealistów, tym więcej widziałem tam elementów znanych mi z edukacji domowej.
Na przykład kładzenie nacisku na przede wszystkim to, w czym uczeń jest dobry.
Poświęcanie większości czasu na rozwijanie tego, do czego mamy wrodzony talent, zamiast codziennej walki o to, żeby być „świetnym ze wszystkiego”.
To najważniejsza rzecz, która łączy metodę profesora z edukacją domową.
Ale jak za chwilę się okaże, nie jedyna.
3 elementy metody, które można podrasować
Wziąłem pod lupę 3 rzeczy, które można byłoby zrobić nie tyle lepiej, bo one działają bez zarzutu, ale nieco INACZEJ.
To takie wersje alternatywne, do przetestowania.
1) Uczeń uczy uczniów
Ten element metody profesora jest, z punktu widzenia współczesnego systemu edukacji, najbardziej rewolucyjny.
Najpierw uczeń samodzielnie rozwiązuje postawione przed nim wyzwanie. Następnie staje się „ekspertem” (tutorem) i tłumaczy rozwiązanie innym dzieciom. A one mogą z nim dyskutować.
Jak to robimy w edukacji domowej?
Okazuje się, że dość podobnie.
Wbrew pozorom, w edukacji domowej nie chodzi o to, żeby przenieść szkołę do domu.
Celem, na który nie zwraca się początkowo uwagi, jest nauczenie dzieci tego, jak się uczyć.
Gdy zdobędą tę umiejętność, wtedy wielu rzeczy są w stanie nauczyć się zupełnie samodzielnie.
Dzięki temu potem mogą uczyć inne dzieci w rodzinie.
A ucząc innych, najbardziej pomagają sobie.
Efekt win-win w czystej postaci!
Problem pojawia się jednak w momencie, gdy okazuje się, że taki dziecięcy nauczyciel cierpi na tzw. „klątwę wiedzy”.
Gdy nie jest w stanie zrozumieć, że ktoś może czegoś nie rozumieć.
Albo że coś jest zbyt banalne, żeby poświęcać temu choćby sekundę swojej uwagi.
Na szczęście istnieje proste rozwiązanie.
Pomysł: „naucz babcię dzieci uczyć”
Zamiast uczyć kogoś, jak rozwiązać jakieś zadanie, można zawiesić poprzeczkę nieco wyżej.
Można kazać dziecku nauczyć kogoś, jak uczyć innych.
Różnica wydaje się niewielka, ale w praktyce zmienia wszystko.
Żeby uczyć kogoś, jak ma uczyć innych, trzeba nie tylko biegle znać dane zagadnienie, np. twierdzenie Pitagorasa.
Trzeba dodatkowo wiedzieć:
- co powinno się zrozumieć najpierw, a co później
- dlaczego najpierw trzeba poznać coś, a dopiero potem coś innego
- dlaczego zmiana tej kolejności przyniesie więcej szkody niż pożytku itd.
W ten sposób taki „nauczyciel przyszłych nauczycieli” naprawdę wchodzi w buty swojego ucznia.
2) Maksymalnie trzy przedmioty rocznie
Zdaniem profesora, uczeń nie powinien mieć więcej niż trzy przedmioty w ciągu jednego roku.
Dzięki temu może poświęcić co najmniej 20 godzin tygodniowo na pracę twórczą w danej dziedzinie, co jest niezbędne do rzeczywistego rozwoju.
Jak to robimy w edukacji domowej?
Z przykrością stwierdzam, że tutaj nie mamy aż takiej wolności.
Co prawda nie musimy zdawać egzaminów z plastyki, muzyki czy wychowania fizycznego, ale całą resztę już tak.
Na szczęście udaje się nam czasami zrobić coś, co nie jest do osiągnięcia w tradycyjnym systemie edukacji.
Przykład:
Kiedy dzieci przechodziły fazę fascynacji ornitologią, wtedy temat prawie każdej prezentacji egzaminacyjnej dotyczył ptaków.
Niezależnie od tego, z jakiego przedmiotu był ten egzamin.
Po prostu poznawały różne dziedziny życia przez pryzmat skrzydlatych stworzeń.
Zupełnie jakby ich głównym „kierunkiem studiów” była ornitologia, a cała reszta jedynie dodatkiem.
Dzięki temu pojawiał się ciekawy paradoks.
Dzieci poszerzały swoje horyzonty, choć na co dzień skupiały się na wyjątkowo wąskiej dziedzinie.
Pomysł: „wąski specjalista z szerokimi horyzontami”
Czyli uczenie przedmiotu głównego, ale nieustanne nasycanie go odniesieniami do innych dziedzin (przedmiotów).
Tak, by uczeń nie zamykał się zbyt szczelnie w swojej głównej bańce.
Tak, by szukał rozwiązań na pograniczu różnych dziedzin, nieraz zupełnie od siebie odległych.
Tak, by miał odwagę łączyć wątki, które na pierwszy rzut oka do siebie nie pasują.
Dlaczego to takie ważne?
Bo kiedy łączy się biologię z informatyką, fizykę z medycyną albo chemię z materiałoznawstwem, wtedy powstają pytania, których nikt wcześniej nie zadawał.
Potwierdza to tzw. efekt Medyceuszy, czyli zjawisko, w którym przełomowe innowacje i idee powstają na styku różnych dziedzin, kultur lub dyscyplin.
Przykłady:
1) Matematyka + język polski
Ucząc na przykład o ciągu Fibonacciego, można nie tylko szukać jego śladów w przyrodzie czy architekturze. To pierwszy i dość oczywisty kierunek.
Można wykorzystać go np. do nauki języka polskiego (kreatywnego pisania).
Wystarczy potraktować kolejne wyrazy ciągu (1, 1, 2, 3, 5, 8, 13) jako liczbę słów, które powinny paść w kolejnych zdaniach wypracowania.
A potem zwrócić uwagę na to, jak liczba słów w zdaniu wpływa na charakter tekstu.
2) Chemia + matematyka
Wyrazy tego ciągu, ale tym razem w służbie nauki chemii. Co się stanie, jeśli dodamy 5 atomy czegoś i 8 atomów czegoś innego? Czy otrzymamy cokolwiek, czy „do niczego nie dojdzie”? Co musi się stać, żeby równanie miało sens?
3) Matematyka + język polski
Ucząc o liczbie Pi, można pokazać, że w jej rozwinięciu znajdują się wszystkie numery telefonów. Można zadać pytanie, czy gdyby zamiast cyfr w tym rozwinięciu, które ciągnie się w nieskończoność, były litery, to czy mielibyśmy tam wszystkie słowa świata. A może znaleźlibyśmy tam historie, których nikt jeszcze nie opowiedział?
4) Historia + biologia
Lekcje historii można łączyć z zajęciami z biologii, zadając np. pytanie, w jaki sposób zwierzęta rozwiązują swoje spory terytorialne.
I tak dalej, i tak dalej.
Jedynym ograniczeniem jest tu wyłącznie wyobraźnia.
3) Podświadomość, olśnienie
Ten element metody jest najbardziej spektakularny.
Najpierw uczeń koncentruje się intensywnie nad jakimś wyzwaniem. Taka sesja trwa nie dłużej niż 55 minut.
Następnie przerywa myślenie, żeby zająć się czymś zupełnie innym.
W ten sposób daje sygnał swojej podświadomości, że teraz to ona powinna przejąć pałeczkę.
Efekt jest taki, że rozwiązanie przychodzi w formie nagłego „olśnienia”, np. w nocy.
Jak to robimy w edukacji domowej?
Bardzo podobnie.
Moje dzieci już wiedzą, że kiedy coś ewidentnie nie idzie, to trzeba ten problem „rozchodzić” albo z nim się „przespać”.
I to całkiem dosłownie.
Dodatkowo zachęcam je do tego, co sam praktykuję, kiedy nie mogę znaleźć rozwiązania jakiegoś trudnego problemu.
Przykład z życia
Mam szczęście mieć taką pracę, która wymaga wyjątkowej kreatywności i sprawności umysłowej.
Często czuję się jak piekarz, któremu ktoś kazał piec każdy bochenek chleba według zupełnie nowej receptury.
W przeciwieństwie do zadań matematycznych, w moim przypadku zasadniczo nie ma istniejących rozwiązań.
Dostaję za zadanie stworzyć hasło reklamowe według kilku, często niemożliwych do spełnienia, wytycznych.
Albo wymyślić nazwę dla firmy w taki sposób, żeby nowe, nieistniejące nigdzie słowo, idealnie pasowało do wszystkiego, co ta firma sobą reprezentuje.
W takich przypadkach pomagają takie rzeczy jak: drzemka, aktywność fizyczna typu obejście domu dookoła albo przejście się po schodach, zajęcie się czymś prostym, czymś innym.
Czyli to, o czym mówi metoda prof. Szubartowskiego.
Ale kiedy nawet to zawodzi, wtedy sięgam po „ostateczną broń ostateczną”: po moją żonę.
Pomysł: „powiedz to na głos”
Moja praca zasadniczo odbywa się w ciszy i samotności.
Siedzę sam na sam z komputerem.
Dawno temu odkryłem, że kiedy nie potrafię czegoś rozwiązać, wtedy… muszę o tym opowiedzieć swojej żonie.
I wtedy dzieją się rzeczy niezwykłe.
Mówiąc na głos o tym, co mam do zrobienia, jakie są założenia mojego zadania, już w trakcie tej przemowy, często w połowie zdania, wpadam na pomysł, którego nie mogłem znaleźć.
Nawiasem mówiąc, bardzo podobna metoda przydaje się podczas pisania.
Wystarczy przeczytać swój tekst na głos, żeby znaleźć w nim błędy czy fragmenty niezbyt płynnie brzmiące.
Podsumowując, opowiedzenie komuś o problemie, który rozwiązujemy, pomaga to rozwiązanie zaskakująco sprawnie odkryć.
Podsumowanie
Dla kogoś, kto posyła swoje dzieci do tradycyjnej szkoły, metoda prof. Szubartowskiego może wydawać się zbyt rewolucyjna.
Wiele lat temu takie byłoby moje zdanie na jej temat.
Dopiero przejście na edukację domową sprawiło, że na własnej skórze przetestowałem, zupełnie nieświadomie, część elementów wchodzących w jej skład.
Mówiąc wprost: to działa.
Ale to nie wszystko
Z tego, co wiem, metoda profesora ma zyskać drugie życie.
Ma trafić do szerokiego grona odbiorców.
To, co stworzył Ryszard Szubartowski, było prawdziwą rewolucją.
Ale to, co planuje jego syn, przekracza moją wyobraźnię.
Prowadzisz szkołę?
Porozmawiajmy o tym, jak wypromować albo ulepszyć to, co właśnie robisz.
Kim jestem?
Copywriterem z ponad 14-letnim stażem.
Moją supermocą jest storytelling, a specjalizacją edukacja, nie tylko domowa.
Szczypta humoru na koniec
Posłuchaj spotów, które stworzyłem dla dwóch szkół: