[37] Mam lepszy pomysł na posty Macieja Wojtasa

Jest początek maja 2026 roku

Mając prawie 48 lat, wiem już trzy rzeczy:

jak pisać, co pisać i do kogo pisać.

Nie wiem tylko jednego, najważniejszego.

Ale o tym za chwilę.

Wiem już, jak pisać

Ostatnio policzyłem, że na pracę copywriterską poświęciłem jakieś 43 tysiące godzin.

10 godzin dziennie przez 6 dni w tygodniu przez 14 lat.

Ale to nieprawda.

Poświęciłem na to znacznie więcej czasu i energii.

Moje myśli krążyły wokół pisania o wiele dłużej niż 10 godzin dziennie.

Dopadały mnie podczas wielu bezsennych nocy.

Były ze mną na spacerach, kiedy stałem w kolejkach do kasy, kiedy jeździłem samochodem, siedziałem w poczekalniach i w milionie innych miejsc.

Przesiąkłem pisaniem na dziesiątą stronę.

Wiem nawet, o czym pisać

Jestem freelancerem, ale odczytuję to słowo zupełnie inaczej.

Nie jako „człowiek do wynajęcia”, tylko jako człowiek wolny.

I faktycznie: jestem wolny.

Mam ten luksus, że mogę pisać, co chcę i o czym chcę.

Nie krępują mnie zapisy żadnych umów.

Nie jestem związany żadnymi współpracami z markami.

Nie należę do żadnych układów i układzików.

Nie muszę nikomu nadskakiwać, ani wchodzić w tyłek.

I wtedy trafiam na ten filmik

Na omówienie krótkiej sceny z filmu „Spacer po linie”.

To znakomita biografia Johnny’ego Casha z Joaquinem Phoenixem w roli głównej.

Co po sobie pozostawić?

W tej scenie Johnny Cash przychodzi ze swoim zespołem do menedżera studia nagrań, żeby zaprezentować swoją muzykę.

Menedżer słucha, ale nie jest zachwycony.

Nie wierzy w tę muzykę, nie wierzy muzykowi.

Wysłuchuje piosenki Casha, a potem mówi tak:

Gdyby uderzyła cię ciężarówka

i leżałbyś tam, umierając,

i miałbyś czas zaśpiewać jedną piosenkę,

jedną piosenkę, którą ludzie zapamiętają, zanim przysypie cię ziemia,

jedną piosenkę, która pozwoliłaby Bogu dowiedzieć się, co czułeś tutaj na ziemi,

jedną piosenkę, która by cię podsumowała

– mówisz mi, że to byłaby ta piosenka?

Piosenka, która naprawdę ratuje ludzi

Czego ludzie chcą słuchać? Prawdy.

Autentycznego głosu piosenkarza. Tego co czuje i co sam przeżył.

Chcą słyszeć, że muzyk wierzy w to, co śpiewa.

Bo na koniec dnia nie jest ważne to, co inni o tobie myślą, tylko to, czy sam wierzysz w to, co robisz.

Ludzie wreszcie pragną tego, co uratuje ich życie.

Co zmieni ich życie choćby o milimetr.

Ostatni post w moim życiu

Gdybym więc miał napisać ostatni post w moim życiu, opowiedziałbym historię, która zaczęła się w 2023 roku.

Oto ona.

Dwa słowa na koniec

Upadek zaczął się w 2023 roku.

Patrząc z zewnątrz, wszystko było ok, ale prawda była inna.

Coraz mniej zleceń, coraz więcej zakończeń współpracy.

Zacząłem więc odpalać nowe projekty.

Każdy z nich kosztował mnie setki godzin pracy, bólu głowy i całej reszty ciała.

Żaden nie odniósł sukcesu, o jakim marzyłem. Wszystkie były mniejszą czy większą, ale porażką.

Czas mijał, pieniądze znikały z konta w zastraszającym tempie.

Miałem jednak nadzieję, że ten następny projekt, ta następna rzecz na pewno wypali.

A jeśli nie, to kolejna już na bank.

Brnąłem więc w kolejne miraże, marnotrawiąc czas i powoli tracąc nadzieję.

W pewnym momencie pomyślałem, że czas to rzucić, zająć się czymś normalnym, pójść do fizycznej pracy, na magazyn, do łopaty.

Był jednak jeden problem.

Choroba, która sprawiała, że nie mogłem bez bólu wejść po schodach, ani nawet przewrócić się w łóżku z boku na bok.

Najgorsze były noce.

Coraz częściej dopadały mnie myśli, że jestem jedyną przeszkodą stojącą mojej rodzinie na drodze do szczęścia.

Że gdyby nie ja, wszystko już dawno by się ułożyło.

Nie wychodziło mi literalnie nic. Nie zarabiałem głową, bo wszystko, czego dotknąłem, zamieniało się w g…

Nie mogłem pracować fizycznie, bo choroba z rodzaju tych, które czerpią radość z sukcesywnego niszczenia organizmu, rozłożyła mnie na łopatki.

Zbliżała się wigilia, a ja nie wiedziałem, czy będzie co położyć na talerzach.

Do głowy przychodziły mi głupie myśli.

Na szczęście nie tak głupie jak te sprzed 25 lat, gdy przed północą na pustej drodze celowo rozpędziłem samochód do maksymalnej prędkości i tylko jeden mały ruch kierownicy oddzielał mnie od rozbicia się na przydrożnym drzewie.

Wtedy jednak byłem przeraźliwie samotny.

Teraz miałem rodzinę, za którą byłem odpowiedzialny. Ten drobny szczegół zadecydował o tym, że czytasz teraz te słowa.

Byłem pokonany.

Poczułem, że po raz pierwszy w życiu wypuściłem z rąk wszystkie sznurki, które do tej pory kurczowo trzymałem, próbując zapanować nad sytuacją.

Poczułem, że nie mam już wpływu na nic.

Że jestem jak ten żółw, którego ktoś dla żartu położył do góry nogami, na skorupie.

I wtedy nadszedł dzień, który zmienił wszystko.

Nie pamiętam dokładnie szczegółów, ale finał był taki, że zdesperowany wyszeptałem dwa słowa: Boże, prowadź…

Prowadź, bo ja już sam nie wiem, co mam robić.

Bo wszystko, czego dotknę, rozsypuje się w drobny mak. Bo nie wiem, kim mam być. Bo naprawdę nie wiem, co dalej.

Te dwa słowa sprawiły coś jeszcze.

Po raz pierwszy w życiu puściłem kierownicę i przekazałem ją właśnie Bogu.

Przestałem kurczowo trzymać się swoich pomysłów, swoich misternych planów na życie i na jego maksymalne zabezpieczenie.

Co to zmieniło? Wszystko.

Wszystko, choć patrząc z zewnątrz, nadal jest po staremu.

Nadal mam mnóstwo pomysłów i rozwijam różne projekty.

Nadal walczę o klientów i robię to, co zawsze.

Nadal mam swoje plany i marzenia.

Ale teraz jest inaczej.

Teraz jestem spokojny, oddycham spokojnie.

I ten spokój, tę lekkość, tę dziecięcą ufność w to, że będzie dobrze, widać chyba w moich tekstach.

Bo cokolwiek teraz zamierzam, zawsze dodaję dwa słowa:

Boże, prowadź…

Cokolwiek teraz się dzieje, wiem, że jest Ktoś, kto panuje nad tym rozpędzonym pojazdem.

Zgłaszam się do zlecenia i wygrywam casting?

Super! Boże, prowadź…

Klient kończy współpracę?

Spoko. Boże, prowadź… mam do Ciebie pełne zaufanie.

Samochód rozkracza się pod domem, akurat po powrocie z trasy?

Dla mnie to znak, że Ktoś na górze mocno trzyma za mnie kciuki.

Dziś wiem, że te koszmarne 3 lata były potrzebne.

Bez nich nigdy nie doszedłbym do punktu, w którym teraz jestem.

Gdybym więc miał zostawić

po sobie jakąś formę testamentu, byłby on bardzo krótki.

Składałby się z dwóch słów:

Boże, prowadź…