[60] Mam lepszy pomysł na posty Karola Stróża i działalność Sharebee

Wszystko zaczyna się od słów

Masz coś do zrobienia, ale nie masz na to pomysłu?

Zacznij o tym pisać. Efekt przekroczy Twoje oczekiwania. Pomysły zaczną się rodzić w trakcie stukania palcami w klawisze.

Właśnie tak było, kiedy zabierałem się za poniższy tekst.

Zresztą, nie miałem innego wyjścia, bo z pojęciem employee advocacy spotkałem się po raz pierwszy… parę dni temu.

Wszystko zaczyna się od słów.

Zapamiętaj to zdanie, bo jeszcze się powtórzy.

Employee advocacy: jak pisać o pracy, żeby było cacy?

Czym jest employee advocacy (EA)?

W największym skrócie: to taka sytuacja, w której pracownicy stają się ambasadorami firmy, w której są zatrudnieni.

Co więcej, ludzie ci decydują się dobrowolnie promować ją w swoich mediach i nie tylko.

Co daje EA?

Mnóstwo korzyści.

Obniża koszty rekrutacji, zwiększa zasięgi firmy w socialach, wspiera sprzedaż i tak dalej. Wzmacnia też przy okazji wizerunek samych ambasadorów.

Jednym słowem, dzięki EA każda strona wygrywa.

Pozostało mi znaleźć odpowiedź na ostatnie pytanie:

Mam lepszy pomysł na posty Karola Stróża czy Sharebee?

Kiedy pracownicy grają w mediach do tej samej bramki, co firma, wtedy dzieje się to, co widzę na co dzień na linkedinowych profilach Karola Stróża czy Pawła Jaczewskiego.

Nie wiadomo, gdzie kończą się Karol i Paweł, a gdzie zaczyna się Sharebee.

Na tym właśnie polega piękno employee advocacy.

Dlatego ten artykuł będzie zawierał pomysły dla Karola i Sharebee.

Pierwszy pomysł

Karol Stróż to człowiek z dużym poczuciem humoru, więc pierwszy pomysł jest dość oczywisty.

Uczyłbym potencjalnych klientów, czym jest EA, publikując posty o tym, jak robić to… źle.

Posty z tej serii (bo nie opierałbym całej komunikacji na jednym formacie) byłyby żartobliwe, ponieważ humor to paliwo dla wirali.

Każdy z nich prezentowałby jakąś patologię.

Przykład:

Archiwalne, najlepiej czarno-białe zdjęcie pokazujące ludzi pracujących przy taśmie fabrycznej.

Coś jak w tej scenie z filmu „Dzisiejsze czasy”:

Do tego tekst w stylu:

Nasz szef wie, że nie mamy ani gdzie mieszkać, ani gdzie spać, dlatego pozwala nam pracować również w nocy.

I na koniec wyjaśnienie:

Nie wszystkie posty EA są dobre dla twojej firmy. Jeśli chcesz… (i tutaj już reklama Sharebee).

Drugi pomysł

Kolejny pomysł to rozwinięcie tego pierwszego. Klimat byłby podobny, natomiast sięgnąłbym do świata filmu, czy bardziej ogólnie: do popkultury.

Przykład:

Zilustrowałbym post zdjęciami z dwóch różnych filmów, w których grał J.K. Simmons. Pierwszym: z filmu „Spiderman”.

Drugim: z filmu „Whiplash”.

I dałbym taki tekst:

Praca w redakcji jest super! Co prawda szef mnie wyśmiał, ale przynajmniej ani razu nie rzucił we mnie krzesłem.

Dla tych, którzy nie widzieli żadnego z tych filmów: Spiderman pracuje w redakcji gazety i musi znosić kaprysy toksycznego szefa. Bohater filmu „Whiplash” uczy się gry na perkusji pod okiem sadystycznego profesora.

Trzeci pomysł

Ten pomysł był zupełnie inny.

Pomyślałem, że wezmę jeden post od Karola Stróża + jeden z profilu Sharebee i mocno je przeredaguję. A przy okazji sprzedam czytelnikom jakiś patent.

Żeby zwiększyć jakość tekstu, postanowiłem narzucić sobie dwa ograniczenia.

Pierwsze: nowy post musi być o 50% krótszy niż oryginał. Połowa tekstu idzie do kosza, ale finalnie nadal ma to mieć 100% mocy.

Drugie: post musi być jednowątkowy. Żadnych niepotrzebnych dygresji, zwłaszcza na początku, kiedy czytelnik próbuje się zorientować, o co w ogóle chodzi.

Tekst musi desperacko biec do celu, niczym główny bohater filmu „Apocalypto”:

Oto efekty

1) Przerobiony post z profilu Sharebee (zob. oryginał)

    Czy LinkedIn widzi, że Twój post został napisany przez AI? To kompletnie bez znaczenia.

    Liczy się to, co wywącha Twój czytelnik. Jeśli wyczuje, że coś tu nie gra, da Ci znać.

    Na bank.

    Co takiego może wychwycić Twój odbiorca? To, że piszesz lepiej niż jego polonistka.

    Normalni ludzie są chaotyczni i niepoukładani. Upychają 10 wątków w jednym poście.

    Pisząc zakończenie, nie pamiętają, co było na początku. Pisząc początek, nie mają pomysłu na zakończenie.

    Usypiają pierwszymi kilkoma zdaniami, po czym wybuchają nagle emocjami, jakby wracali nocą przez pole minowe.

    Posty wygenerowane przez AI i wklejone 1:1 są inne:

    bezbarwne,
    bezpłciowe
    i beznamiętne.

    Dlatego coraz częściej wywołują alergię. Na szczęście istnieje na nią lekarstwo: więcej cukru w cukrze.

    Więcej Ciebie w Tobie.

    Zgodzisz się z tym?

    2) Przerobiony post z profilu Karola (zob. oryginał)

      Weszły nowe przepisy. Jeśli używasz AI na LinkedIn, to możesz mieć… mały PROBLEM.

      UE nakazuje oznaczać treści generowane przez AI.

      Ale które?

      • Grafikę zrobioną w całości promptem?
      • Grafikę zrobioną promptem i obrobioną w Canvie?
      • Post ambasadora napisany „z głowy”, ale wygładzony ChatemGPT?
      • Tekst przepuszczony przez tłumacza AI?

      Znasz odpowiedź, prawda? 😉

      Właśnie dlatego w Sharebee robimy webinar.

      Odpowiemy na 6 pytań, które dostajemy najczęściej:

      1. Co AI Act zmieni w moim marketingu i employer brandingu?
      2. Które treści muszę oznaczać?
      3. Jak weryfikować treści ambasadorów?
      4. Grafika, wideo, tekst: jak je oznaczać i gdzie leży odpowiedzialność?
      5. Jakie kary grożą i komu?
      6. Co robić, żeby spać spokojnie?

      Gościem Dominiki Maj będzie Alina Sieradzińska: prawniczka od prawa AI, własności intelektualnej i ochrony danych osobowych. Alina spędziła 17 lat w IT i wie, jakie treści powstają w firmach takich jak Twoja.

      Zapraszamy 27 sierpnia o 10:00.
      Ostatnie wolne miejsca: (link)

      Czwarty pomysł

      Ten pomysł był przewrotny.

      A gdyby tak mówić potencjalnym klientom na LinkedIn, co robić, żeby nie musieć korzystać z usług Sharebee?

      Gdyby publikować treści o tym, jak prowadzić firmę, żeby pracownicy sami z siebie pisali w taki sposób, by każdy chciał dołączyć do ich zespołu?

      Gdyby momentami wprost pisać: „hej, nie korzystajcie z naszych usług, zróbcie to sami”.

      Dla Sharebee pozornie byłby to strzał w kolano.

      Pozornie, bo czytelnicy szybko dochodziliby do wniosku, że poprzeczka wisi jednak zbyt wysoko.

      Że łatwiej jest wdrożyć employee advocacy, niż przebudowywać firmę od fundamentów po dach.

      Finalnie kierowaliby więc swoje myśli właśnie w stronę EA (czytaj: Sharebee).

      Wszystko zaczyna się od słów

      Kiedy nie mam na coś pomysłu, wtedy zaczynam o tym pisać.

      Pierwsze zdanie tego artykułu pierwotnie było inne:

      Czy nie lepiej byłoby tak prowadzić swój biznes, żeby firmy takie jak Sharebee nie były w ogóle potrzebne?

      Ale potem wciągnąłem się w pisanie. Prawie kończyłem artykuł, kiedy mnie olśniło:

      A gdyby Sharebee rozszerzyła swoją działalność w tym właśnie kierunku?

      Gdyby zajęła się takim właśnie „naprawianiem firm”?

      Gdyby oferowała usługi, dzięki którym firmy stawałyby się miejscami maksymalnie przyjaznymi dla swoich pracowników?

      A idąc jeszcze dalej:

      Gdyby pomagała firmom wykręcać lepsze wyniki, co finalnie przekładałoby się między innymi na polepszenie bytu pracowników?

      Jest tylko jeden problem…

      Sharebee musiałoby zostać zastąpione przez inne „bee”, bo wszystko zaczyna się od słów.

      Tylko jakie byłoby to słowo?

      Masz jakiś pomysł?


      Twój LinkedIn to porażka?

      Kliknij po darmową próbkę mojego szkolenia i odbierz cenny prezent: poprawioną wersję jednego z Twoich linkedinowych postów.

      Kliknij, zanim zrobią to inni